czwartek, 24 grudnia 2015

Mili moi, wesołych świąt!

"No właśnie. Żeby nam się chciało czegoś chcieć. Tylko o to chodzi. Chcieć, żeby się chciało. Każdego roku chcieć jeszcze bardziej chcieć. Chcieć, żeby się chciało chcieć. I tak dalej. Chcieć czegoś chcieć, to znaczy żyć z błyskiem w oku. Tego wam życzę." *

Wesołych świąt, moi mili! Mili moi, wesołych świąt!




* J. Szczepkowska

niedziela, 20 grudnia 2015

Książki, które wybieramy po okładce (1)

... lub po tytule.
Czyli 30 francuskich (lub tłumaczonych na język francuski) książek na nowy rok (i nie tylko). Część pierwsza.
Subiektywny przegląd okiem Knociątka.

Tak, wiem, nie ocenia się książki po okładce. Nie zawsze jednak postępujemy racjonalnie, a nasze wybory wynikają czasami z dziwnych zbiegów okoliczności, kaprysów losu i naszych zachcianek, a także wizualnych pokus.

Dość często zdarza mi się błądzić po księgarniach zupełnie bez celu: moją uwagę przykuwają wówczas intrygujące tytuły lub po prostu ciekawe plastycznie okładki. Czasami wystarczy rzucić okiem na krótki opis na tylnej okładce, czasami zaś przerzucić szybko kilka rozdziałów, aby się przekonać, czy gra jest warta świeczki.

Tym razem zadanie było nieco bardziej skomplikowane. Zamiast regałów z książkami, które można fizycznie obmacać i posmakować (książki, nie regały), strona internetowa z nowościami literackimi. Każda pozycja opatrzona jest krótkim wstępem i pierwszym rozdziałem do przeczytania na zachętę. Jako że książek było sporo, postanowiłam dokonać wstępnej selekcji metodą "na okładkę" tudzież "na tytuł".

Ze względu na Knociątko w pierwszej kolejności omówię kocie książki. Jak wiadomo, koty nie lubią się przemęczać, więc wybrane pozycje to w zasadzie jedynie lekturowe drobiazgi a nie poważne grube tomiszcza. 

Z cyklu: koty rządzą. 

1. Le chat philosophe (Kot filozof)
Kwong Kuen Shan, tłum. na francuski Colette Joyeux, wyd. Pocket


Książeczka to zbiór czterdziestu akwarel o kociej tematyce, namalowanych przez autorkę, którym towarzyszą cytaty z chińskich klasyków, maksymy i fragmenty utworów poetyckich. Perełka. W sam raz na długie zimowe wieczory i medytacje z mruczandem w tle.

2. Vivre vieux et gros. Les clés du succès (Jak być grubym i długowiecznym: klucz do sukcesu)
Leslie i Michel Plee, wyd. Delcourt


Rudy Michaś ma dwa latka i sześć kilo żywej wagi. Ponad wszystko zaś kocha jeść. Oprócz tego Michaś chętnie udziela porad innym kotom: jak jeść dużo, być grubym i dożyć setki. A wszystko to w formie komiksu.

Z cyklu: inspiracje.

3. L'aviatrice (Lotniczka)
Paula McLain, tłum. na francuski Isabelle Chapman, wyd. Presses de la Cité



Zbeletryzowana opowieść o życiu Beryl Markham (1902-1986), brytyjskiej lotniczki, obieżyświatki, treserki koni wyścigowych w Kenii i pisarki (choć nie wiadomo do końca, czy jej najbardziej znanej książki nie napisał ghostwriter). Beryl jako pierwsza kobieta w historii przeleciała samotnie nad Atlantykiem z Anglii do Nowego Jorku. Piękna i niezależna pilotka, trzykrotnie zresztą zamężna, miała też jakoby głośny romans z Henrym, księciem Gloucester, synem ówczesnego brytyjskiego monarchy Jerzego V. Przyjaźniła się też ze słynną duńską pisarką Karen Blixen.

Przyznam, że skusiła mnie okładka w stylu afiszów art deco oraz intrygująca postać głównej bohaterki.

We swung over the hills and over the town and back again, and I saw how a man can be master of a craft, and how a craft can be master of an element. I saw the alchemy of perspective reduce my world, and all my other life, to grains in a cup. I learned to watch, to put my trust in other hands than mine. And I learned to wander. I learned what every dreaming child needs to know -- that no horizon is so far that you cannot get above it or beyond it.” 


4. Je te vois reine des quatre parties du monde (Będziesz królową całego świata)
Alexandra Lapierre, wyd. Pocket


Konkwistador w spódnicy, czyli doña Isabel Barreto. Pierwsza i jedyna w historii hiszpańskiej armady kobieta-admirał. W 1595 roku wyruszyła na wyprawę z Peru wraz ze swoim mężem, hiszpańskim żeglarzem i badaczem Pacyfiku, której celem było dotarcie do Wysp Salomona. Wyprawa przedłużyła się jednak: ekspedycja straciła jeden z okrętów wraz z załogą, a wkrótce poźniej wśród żeglarzy wybuchła śmiertelna epidemia. Jej ofiarą padł również mąż doñi Isabel. To jej właśnie przed śmiercią powierzył on dowództwo nad wyprawą, sprawowane urzędy i cały majątek. Doña Isabel, jako pierwsza kobieta-admirał w historii, dotarła aż do Filipin, gdzie poślubiła generała Fernanda de Castro, a stamtąd popłynęła do Nowej Hiszpanii. Zmarła paręnaście lat później na Wyspach Salomona.

Z książek Alexandry Lapierre do tej pory po polsku ukazały się: "Artemizja" (biografia jednej z pierwszych malarek w historii) i "Ludzie honoru".

5. Elles ont conquis le monde - les grandes aventurières 1850-1950 (One podbiły świat: wielkie podróżniczki 1850-1950)
Alexandra Lapierre i Christel Mouchard, wyd. Arthaud


Kobiety geografki, botanistki, etnolożki - eksploratorki, podróżniczki, awanturnice, buntowniczki i pasjonatki. Nieposłuszne, niepokorne, odważne, ciekawe świata, żądne wiedzy i przygód. Les Grandes Aventurières. Karen Blixen, Freya Stark, Alexine Tinne, Margaret Fountaine i wiele innych. W czasach, kiedy kobiety były własnością mężczyzn (ojców, braci czy mężów), to właśnie one zdobywały świat! I to jak! Pasjonujący dokument i źródło inspiracji dla wszystkich, którym wciąż brak odwagi, by ruszyć własną drogą i żyć własnym życiem na przekór innym.


6. Choisissez tout (Wy)bierz wszystko)
Nathalie Loiseau, wyd. JC Lattes


Trochę się wahałam nad wyborem tej właśnie pozycji. Irytuje mnie bowiem łatwość, radosne zaangażowanie i poczucie misji, z jaką uprzywilejowani przedstawiciele bobosfery (fr. bobosphère) udzielają prostemu ludowi cennych porad w rodzaju: carpe diem, jak żyć długo i szczęśliwie, podróżować po świecie i delektować się kawiorem.

Tu mamy jednak coś innego, a przynajmniej takie wrażenie odnoszę po lekturze pierwszych rozdziałów. Nathalie Loiseau, dyrektor słynnej Ecole Nationale d'Administration w Paryżu, to - jak wspomina jej internetowa notka biograficzna - głęboko wierząca katoliczka, matka czwórki dzieci, a jednocześnie mocno osadzona w rzeczywistości feministka. Jako absolwentka paryskiej Science Po i sinologii na INALCO rozpoczęła pracę w ministerstwie spraw zagranicznych Francji, wspinając się po szczeblach kariery w dyplomacji, będącej wówczas domeną mężczyzn: w latach dziewięćdziesiątych była m.in. sekretarzem placówek dyplomatycznych w Indonezji, Senegalu i Maroku, następnie doradcą Alaina Juppé, ówczesnego ministra spraw zagranicznych, a później rzecznikiem prasowym ambasady Francji w Stanach Zjednoczonych.

I muszę przyznać, że autorka wypada przekonująco, bez zadęcia i nachalnej ideologii. I choć niewątpliwie należy do obecnego establishmentu, a przy okazji jest jedną z tych kobiet, "które mają wszystko", łącznie z uprzywilejowanym dzieciństwem i ułatwionym startem w dorosłość, to jednak budzi moją sympatię.

Z cyklu: powieść historyczna.

7. Le roi disait que j’étais diable (Król mawiał, że jestem diabłem)
Clara Dupont-Monod, wyd. Grasset


Clarę Dupont-Monod znałam do tej pory jedynie z popołudniowych audycji radia France Inter. Dopiero niedawno odkryłam, że jest również dziennikarką telewizyjną i pisarką. Do tej pory ukazało się we Francji siedem powieści jej autorstwa.

Od pewnego czasu mam słabość do powieści historycznych. Niech podniesie rękę, kto nie czytał do poduszki Juliette Benzoni, Chantal Touzet, Francka Ferranda albo Mireille Calmel? ;) A z anglojęzycznych takiej np. Kathryn Harrison (i jej "Tysiąc drzewek pomarańczowych")? No dobrze, trochę się zapędziłam, bo z Francuzów tylko Benzoni i Calmel doczekały się polskich tłumaczeń. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale dobre czytadła nie są złe, prawda?

Główną bohaterkę, Alienor z Akwitanii, poznajemy w przeddzień jej zaślubin z królem Francji. Alienor (po naszemu Eleonora) została po śmierci ojca dziedziczką księstwa Akwitanii. Kiedy poślubiła następce tronu Francji, Ludwika VII, jej potężne dobra przeszły w ręce korony (m.in. Poitiers, Bordeaux i Saintes). Dziesięć lat później Eleonora towarzyszyła mężowi na nieudanej wyprawie krzyżowej zakończonej porażką zachodnioeuropejskiego rycerstwa. Już w trakcie wyprawy między małżonkami zaczęły się niesnaski. W dodatku młodej królowej spodobał się Henryk Plantagenet, którego poślubiła po unieważnieniu ślubu z Ludwikiem. Był to nie tylko cios dla króla, ale i dla Francji, bo wraz z Eleonorą straciła ona księstwo Akwitanii... Na rzecz Henryka, który niezadługo poźniej został... królem Anglii. I konflikt gotowy. Oprócz Anglii cała zachodnia połowa Francji znalazła się bowiem pod jego władzą.

Długowieczna Eleonora (zmarła, mając ponad 80 lat, co było ewenementem w średniowieczu) urodziła w sumie dziesięcioro dzieci: dwie córki królowi Francji i pozostałą ósemkę królowi Anglii. Za jej panowania na dworze akwitańskim rozkwitła literatura w języku oksytańskim (langue d'oc), a sama Eleonora odegrała istotną rolę w dziejach średniowiecznej Europy.

8. La confrérie des chasseurs de livres (Bractwo poszukiwaczy ksiąg)
Raphaël Jerusalmy, wyd. Actes Sud


Słynny poeta François Villon był już raz głównym bohaterem u niezrównanego Jeana Teulé (Je, François Villon), współczesnego autora powieści osadzonych w realiach historycznych. Na język polski przetłumaczone zostały do tej pory tylko dwie: Markiz de Montespan i Trujący anioł.
Tym razem jednak dowiadujemy się, jak potoczyły się (według autora, rzecz jasna, nie wedle faktów) dalsze losy Villona po ułaskawieniu w 1463 roku, które uratowało go przed śmiercią na szubienicy, i jego wygnaniu z Paryża. Dokąd Raphael Jerusalmy wysyła naszego poetę-złodzieja? Do Ziemii Świętej. W poszukiwaniu starych ksiąg. Stąd tytułowe bractwo poszukiwaczy książek. Reszty zdradzać nie będę. Zamiast tego zapraszam do lektury.


9. Moi, l'empereur du Sahara (Ja, cesarz Sahary)
Jean-Jacques Bedu, wyd. Albin Michel


Tak, Francja miała kiedyś swojego samozwańczego cesarza Sahary. I nie mam tu na myśli Napoleona. Był to niejaki Jacques Lebaudy, ekscentryczny syn giganta cukrowego, który w czasach Belle Epoque wyruszył na pokładzie swego żaglowca Frasquita w rejs w kierunku Afryki. Po drodze zatrzymał się na Wyspach Kanaryjskich, gdzie zakupił armaty i wynajął ośmioosobową "armię", po czym z całym ekwipunkiem i załogą dotarł do Przylądka Jubi na południowo-zachodnim wybrzeżu Afryki (między ówczesnym Marokiem i Mauretanią). Tam zaś w ekspresowym tempie już jako Jakub I obwołał się cesarzem Sahary.
Jeśli jesteście ciekawi, jak potoczyły się losy stukniętego "cesarza" i jego kilkorga poddanych, kogo wkurzyły cesarskie manewry i próba eskpansji, i jak zakończyły się dzieje "dynastii", sięgnijcie po książkę. Naprawdę warto.


10. L'architecte du sultan (Architekt sułtana)
Elif Shafak, wyd. Flammarion


Wielbiciele Turcji, jej historii i kultury, a także fani serialu Wspaniałe stulecie będą ukontentowani. Podobnież miłośnicy książek Elif Shafak, które regularnie ukazują się w polskim przekładzie.


***
INDŻOJCIE! :)

sobota, 2 maja 2015

She walks in beauty



She walks in beauty, like the night
Of cloudless climes and starry skies;
And all that's best of dark and bright
Meet in her aspect and her eyes...

(G. Byron)


wtorek, 14 kwietnia 2015

Francuski amant

Francuz - doskonaly material na romantycznego adoratora i ognistego kochanka, ale niekoniecznie na meza i glowe rodziny??? Ech, milosci me przemaszerowaly przed moimi oczyma wczorajszego wieczoru, gdy mi na wspomnienia sie zebralo... Jak kochac i szalec, to tylko tu... 



Francuski amant sie do mnie wczoraj odezwal, taki z gatunku dawnych absztyfikantow jeszcze z czasow moich studiow w Lille na polnocy Francji (oj, szalalam ci ja, szalalam, a co!). I tak nam sie na wspominki zebralo, jakbysmy co najmniej u cioci na stypie siedzieli i z rzewnoscia wspominali nieboszczke, jaka z niej dobra kobieta byla. No dobra, nie o cioci my rozmawiali i nie "o starych pistoletach" (jak mawial moj kolega), ale o kompatybilnosci naszej cielesnej i walorach wszelakich plci przeciwnej. 


Dobra, dobra, powiecie. Znow ci jakis lekkoduch i kobieciarz oczy mydli. Tym razem nie ze mna takie numery, prosze ja was. Ja juz za stara i za madra na te spiewki jestem. Po zeszlorocznych ekscesach z doktorkiem z Izraela az wstyd sie teraz wlasnej matce na oczy pokazac. Zona mialam byc, juz mi niesli suknie z welonem i powiezli mnie winda do nieba... ba, juz sie witalam z gaska w ogrodku! A tu dupa blada, bo pan wzial nogi za pas i dal dyla do Kanady... bo sie znow zakochal. A potem sluch po nim zaginal. W koncu zas wynurzyl sie z otchlani internetu tuz przed moimi urodzinami i ni z gruszki, ni z pietruszki zapytal, co tam slychac, i ze juz z powrotem w Hajfie siedzi. I ze mozemy przyjaciolmi zostac. Ze co, wurwa? Niech mu ziemia lekka bedzie. 


Tak sobie mysle, ze skoro wiosna nadejszla wiekopomna, to i absztyfikanci rozni sie pobudzili ze snu zimowego i dalejze zachecac, zeby sie spotkac i ten tego. Pan ladny z Lille z duma roztoczyl urok niczym paw swoj wielobarwny ogon i z wlasciwa samcom determinacja przekonywal, ze nam by tak dobrze razem bylo. Znaczy sie, w lozku. Swego czasu - a bylo to dawno, dawno temu, przed wiekami - nie powiem, pan jak na Francuza przystalo, gest i fantazje mial niemala oraz inne wazne parametry w normie. Ale - jak to w zyciu bywa - love story trwala tyle, co dobranocka w TV, a potem przyszla dluga, dluga zima w Krainie Deszczowcow. I tak sie zakonczyl francuski romans z Francja i Francuzami. 



Krotko mowiac, amanta z Lille widzialam po raz ostatni chyba z szesc lat temu, pare miesiecy przed wyjazdem do Brytfanii. Szesc lat temu to nie wieki, ale ani pan juz nie najmlodszy, ani ja nie dziewoja nadobna. Sama sie nadziwic nie moge, ze nie tylko dwudziestke mam juz dawno za soba, ale i do czterdziestki powoli sie zblizam. No, powoli, powoli, 35 lat to w koncu nie tak zle, nieprawdaz? A pan ladny to juz stary dziad przeciez (40!), choc wyglada lepiej niz osiem lat temu, kiedy sie poznalismy. 


Oczaruje taki kobiete, wokol swego palca okreci, w glowie zamaci, urok rzuci, rozpiesci i rozkocha w sobie, a potem porzuci, serce podepcze i do innej pojdzie, innej w glowie zawroci, inna "ksiezniczka" nazwie... Da capo al fine. Nie wiem, czy to juz pierwszy objaw megalomanii, gdy sie sama siebie zaczyna cytowac (TU kiedys o francuskich amantach bylo), ale tak mi sie samo nasunelo po tej wczorajszej rozmowie.

Bo tak to juz jest z Francuzami: spojrzal, dodal mi urody, a ja wzielam ja jak swoja. Szczesliwa, polknelam gwiazde.*

A co ja na to?

Dzis moge co najwyzej usmiechnac sie i wzruszyc ramionami. 

* W. Szymborska

piątek, 10 kwietnia 2015

Czekajac na Kotota

Rzecz w tym, co tutaj robimy. I oto mamy szansę dowiedzieć się tego. Tak, w tym niezmiernym chaosie jedno jest jasne: czekamy, aż przyjdzie Kotot. 
What we are doing here, that is the question. And we are blessed in this, that we happen to know the answer. Yes, in this immense confusion one thing alone is clear. We are waiting for Cat-god to come. 



Nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi, nikt nie odchodzi, okropność.
Nothing happensnobody comesnobody goesit's awful!


Wszyscy rodzimy się szaleni. Niektórzy już tacy pozostają.
We are all born mad. Some remain so. 


Wszystkie cytaty pochodza ze sztuki Becketta "Czekajac na Godota" w tlumaczeniu A. Libery. 

sobota, 4 kwietnia 2015

Long Melford Hall - lukrowany kawalek Anglii

Sa takie miejsca, ktore na swoj sposob polubilam (gdyz "pokochalam" to za mocne slowo) od pierwszego wejrzenia: tak bylo miedzy innymi ze Strasburgiem, a cztery lata temu rowniez z Awinionem, tak jest i teraz. Male miasteczko o zabawnej nazwie Long Melford (azaliz albowiem naprawde rozciaga sie wzdluz jak guma w za duzych portkach) w hrabstwie Suffolk znam juz od prawie pieciu lat. I od prawie pieciu lat nie ustaje w mniejszych lub wiekszych zachwytach nad jego urokami. A tych bowiem nie brakuje, o czym swiadcza nie tylko ponizsze zdjecia, ale rowniez fakt, iz Long Melford zalicza sie do najladniejszych miasteczek w Anglii. Jego glowna ulica, to wedlug The Guardian, "a catwalk of period property". 



Budowe Melford Hall (na zdjeciach ponizej) rozpoczeto w XVI wieku, nie do konca wiadomo jednak, kto byl jej inicjatorem: ostatni opat benedyktynow z St Edmundsbury czy moze sir William Cordell, spiker Izby Gmin za panowania Elzbiety I? Benedyktyni posiadali ziemie w Long Melford juz w czasach siegajacych Wilhelma Zdobywcy, jednak po rozwiazaniu zakonow Henryk VIII podarowal je wlasnie Cordellowi. To on wlasnie goscil u siebie (w Melford Hall rzecz jasna) sama krolowa Elzbiete I.



W XVIII wieku, po wygasnieciu rodu Cordellow, Melford Hall trafil w rece sir Parkera, ktorego rodzina do dzis mieszka w nieudostepnianym zwiedzajacym poludniowym skrzydle palacyku. W XIX wieku czestym gosciem byla tu kuzynka Parkerow, Beatrix Potter, slynna pisarka i ilustratorka ksiazek dla dzieci (kto nie zna slynnego Piotrusia Krolika czy kaczki Tekli Kaluzynskiej?). Zwiedzajacym udostepnione sa zbiory ilustracji i akwareli autorstwa Potter. Chetni moga tez zajrzec do sypialni pisarki. 


W 1942 roku pozar zniszczyl polnocne skrzydlo Melford Hall, gdzie w owym czasie stacjonowaly wojska brytyjskie. Dzieki staraniom owczesnego wlasciciela i jego dunskiej zony Ulli zniszczona czesc palacyku zostala odbudowana i na nowo udekorowana. 


Sciany odrestaurowanych pokoi pomalowano na bialo, zgodnie z poleceniem Ulli, rozmilowanej w skandynawskiej prostocie, a ciezkie i ciemne debowe meble zastapiono prostszymi i bardziej praktycznymi. 



Sala bankietowa zachowala wiele elementow dekoracyjnych charakterystycznych dla epoki Tudorow (jak chocby kasetonowy sufit czy drewniana boazeria debowa w formie kwadratowych paneli). Nad kominkiem dumnie prezentuje swe poroze wypchany jelen (chcialoby sie powiedziec: popiersie jelenia, ale jakby to brzmialo!) - jedno z wielu makabrycznych mysliwskich trofeow w Melford Hall. Na lewo od kominka portret Williama Cordella, pierwszego wlasciciela posiadlosci.   


Marmurowe popiersie pieknej Rzymianki. A moze Greczynki? Zabijcie mnie za moje nieuctwo. 


Pokoj muzyczny? Salonik do gry w karty? Warsztacik robotek recznych? A moze trzy w jednym... 
Na scianie po prawej stronie okna obraz wloskiego artysty zatytulowany "Dzieciatko Jezus i dwaj aniolowie". 




Zachwycaja biblioteka w stylu angielskiej regencji za czasow Jerzego IV, jednego z najbardziej znienawidzonych monarchow w historii Wielkiej Brytanii. 


Imponujacy szezlong pokryty jedwabna tkanina z poczatku XIX wieku stojacy w przestronnej bibliotece wypelnionej starymi woluminami. W tle, po prawej stronie, portret dostojnego przodka, admirala Hyde Parkera. Na scianach wisza obrazy o tematyce marynistycznej (jak chocby sceny batalistyczne), jakby dla przypomnienia zaslug rodziny Parkerow dla brytyjskiego imperium. 





Na scianie wisi autentyczna mapa okolic Melford z konca XVI wieku. 


Przepiekne schody, ktorych nie powstydzilby sie Blejk z "Dynastii", prowadza na pierwsze pietro posiadlosci ozdobione kolumnami w stylu greckim. Na scianie portret slynnego admirala Hyde Parkera, a na schodach ogromne porcelanowe wazy. Za kazdym razem, gdy obok nich przechodze, przypomina mi sie slynna historia chinskich waz z Fitzwilliam Museum w Cambridge, ktore dziewiec lat temu zostaly rozbite w drobny mak przez jednego ze zwiedzajacych. Nieszczesnik ow spadl bowiem z muzealnych schodow, przy okazji pociagajac za soba wspomniane eskponaty, ktore na szczescie udalo sie odrestaurowac. 

XVII-wieczne wazy z Melford Hall byly prezentem od cesarza Chin dla krola Hiszpanii. Hiszpanski galeon z darami na pokladzie zostal jednak przechwycony przez admirala Parkera i jego flote. Nie trzeba dodawac, ze nigdy nie trafily do wlasciwego odbiorcy, ktory musial obejsc sie ze smakiem... 


Elizabetha Regina - ku pamieci slynnego goscia Melford Hall... Krolowa z witraza ma na sobie te sama suknie, w ktorej swietowala zwyciestwo nad hiszpanska armada.


Surowa i ascetyczna w wystroju kapliczka z widokiem na przepiekne laki i pastwiska otaczajace palacyk. 


W sypialniach w stylu wiktorianskim stoja bogato zdobione baldachimowe loza. Az bierze pokusa, zeby sie na chwilke zdrzemnac... 









Ozdobna toaletka? Szkatulka na bizuterie z lustrem? Piekny bibelot dla pieknej wlascicielki Melford Hall. 


Rozczulajaca wiklinowa kolyska dziecieca w jednej z sypialni.  





Na trawnikach w ogrodzie mozna urzadzic piknik, a nawet pograc w krokieta. Mozna tez rozlozyc sie na kocu i z luboscia oddac sie lekturze ulubionej ksiazki. 






Warto tez dodac, ze w prawie kazdym pomieszczeniu czy pokoju, na zwiedzajacych czekaja przewodnicy-wolontariusze,ktorzy chetnie i z pasja opowiadaja anegdoty zwiazane z historia Melford Hall. 

A kiedy znudza sie nam (albo i nie) wnetrza Melford Hall, mozna spacerkiem udac sie do innej posiadlosci, tez w Long Melford: Kentwell Hall, lub tez pokrecic sie po uroczym miasteczku. Mozna tez - jak ja - po prostu tam zamieszkac. Bo angielska wies nie ma sobie rownych... 

niedziela, 15 marca 2015

Cat wisdom

-In a good bookroom you feel in some mysterious way that you are absorbing the wisdom contained in all the books through your skin, without even opening them* - oznajmila pewnego dnia Kociubina, przeciagajac sie leniwie na biurku w plamie slonca. 

- Ucz sie, ucz, a ja sobie tymczasem pospie - dodala z ironicznym blyskiem w oku i obrocila sie z wdziekiem na drugi bok, z luboscia przymykajac oczy



* Mark Twain