piątek, 20 grudnia 2013

Nosi mnie, wodzi mnie*


Dawno, dawno temu, za siedmioma gorami, za siedmioma morzami... Nie, to za daleko. I wcale nie wydarzylo sie przed wiekami, ale zaledwie cztery lata temu. Czy ktos jeszcze pamieta, ze moim domem byla wtedy piekna Francja? 

Jak sie niebawem przekonacie, nie bez przyczyny wspominam ten szczegolny czas. Wowczas poswiecilam mu zaledwie kilka linijek (jak chocby tutaj): "Pocieszylam sie w ramionach przystojnego internisty o izraelsko-wlosko-francuskich korzeniach. I choc to miala byc jedynie przyjacielska kohabitacja, to przyjacielska byc juz przestala tego samego wieczoru po przeprowadzce. Czy to ja taka czula na meskie wdzieki jestem, ze bez interesujacego samca w moim najblizszej zyciowej przestrzeni czuje sie troche wybrakowana (a w kazdym razie troche niespelniona), czy to moze kaprysny los rzucil nam siebie w ramiona..."

Az chcialoby sie napisac: a potem zyli dlugo i szczesliwie, spijajac sobie z dziobkow, a u ich stop bawilo sie zgodnie dwoje dzieciatek. Jednak juz w tej samej notce pojawil sie cien watpliwosci: "Moj internista planuje dalsza kariere w Szwajcarii. Mnie sie widzi Paryz albo Bruksela. I niech sie nam te marzenia spelnia. A co bedzie dalej z nami, to juz inna bajka..."

Faktycznie, po drodze byla i Szwajcaria, i Izrael, i Stany Zjednoczone, a nawet Kanada... ale juz nie razem. Mnie zas zlosliwy los wyslal nie do Paryza lub Brukseli, lecz do ponurej Krainy Deszczowcow, gdzie do tej pory mieszkam. 

Mniejsza z tym, co sie wlasciwie stalo i dlaczego. W maju 2009 roku napisalam nieco bunczucznie (choc w rzeczywistosci ze zlamanym sercem): "Z internista juz sie nie spotykam. Poroznila nas  odmienna wizja swiata i relacji damsko-meskich. Kij mu na droge i z Bogiem! Malo to mezczyzn po swiecie chodzi?"

Najwidoczniej malo ich, a i swiat jest maly, bo stalo sie cos, czego nie przewidzialam nawet w najsmielszych wizjach. Dobry Bog jest bowiem nie tylko laskawy i nieprzewidywalny w swych zamyslach, ale i scenariusze pisze nietypowe. Przystojny internista pojawil sie niespodziewanie w moim zyciu pare miesiecy temu, wywrocil je do gory nogami, wypelnil szczesciem, zawrocil w glowie i... nie, wcale nie odplynal w sina dal jak wielu przed nim. Koniec koncow, wpadlam po same uszy. Opiewane przez domoroslych poetow motylki zatanczyly w mym brzuchu plemienny taniec radosci, a ptaszki rozspiewaly sie nad moja glowa niczym chorek pyzatych aniolkow. I tyle. Az tyle. 


Duzo i dlugo mozna by sie rozwlekac, jakie to szczescie i jaka romantyczna love story, jakie spotkanie po latach i jaka wielka milosc. Och i ach, plus tona cukru. Ani jednak pora na to, ani ze mnie autorka romansidel.

Po co wiec o tym pisze? By sie podzielic radoscia i tymi motylkami, co tak radosnie podryguja? Dodac otuchy tym, co - jak niegdys ja - widza swoja przyszlosc w czarnych barwach, z wielkim napisem "loser" na czole? Pochwalic sie, ze chlopa wreszcie zlapalam i przed oltarz zaciagne? To ze zycie jest piekne a swiat ciekawy, najlepiej wam wytlumaczy Paulo Grafoman Coelho. Nie mnie mierzyc sie z jego talentem. Ja tak tylko dla informacji: ze wciaz zyje, ze "sie miewam" i "bywam"... i ze to dopiero poczatek.


Z Panem Obrazalskim sie nie udalo, oj nie. Na zawsze porzucilam wiec swoja mala miescine w hrabstwie Suffolk, z bolem serca pozegnalam psa i kota, a potem... nic juz nie bylo takie jak przedtem. Nawet specjalizacje na studiach zmienilam: obecnie zostaly mi jeszcze tylko dwa lata pielegniarstwa na bloku operacyjnym i pasjonujacy staz w jednym z najwiekszych i najlepszych szpitali w Brytfanii. Nie bede sie rozplywac, jak to wspaniale i cudownie jest pracowac tam, gdzie nie bywaja zwykli smiertelnicy, o nie. Ani to czas, ani miejsce na to.

Moi mili, ze zycie cudem jest, wszystkim wiadomo. Ze jak pudelko czekoladek jest, tez wszyscy wiedza. I ja tez wiem, choc dopiero od niedawna, kiedy juz mi sie zdawalo, ze napis "loser" moge sobie wytatuowac nie tylko na czole, ale i na obu przedramionach, a moze tez wokol pepka. Nagle sie okazalo, ze nie tylko zawodowe plany, ale i zyciowe priorytety moga ulec zmianie. Czyz nie jest szalenstwem, a przynajmniej nierozwaga, mysl o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej niz do tej pory, bo "gdzie ty, tam i ja"? Czyz nie jest szalenstwem spotkanie po latach i milosc "az po grob"? 

A moze jest tak jak w wierszu, ktory ktos zacytowal w komentarzu pod moim majowym (2009) postem: 

* W radiu coś mówią, że mnie nosi i wodzi
W telewizji nawet mówią i pokazują więc tęskno mi

Bo mnie nosi i wodzi

Na zatracenie i na pokuszenie

Po całym domu i po strychu też mnie nosi...

Tylko czekać jak mnie rozniesie.

Rozniesie mnie to szczescie czy nie?