czwartek, 11 kwietnia 2013

Jak umieraja golebie

W drodze po zakupy znalazlam dzisiaj ciezko poranionego i zakrwawionego golebia. Z calkowicie wyrwanym ogonem (byc moze ptak uciekl lisowi), niezdolny ani do lotu, ani do chodzenia, oslabiony i przerazony, byl skazany na dluga i bolesna smierc. Podjelam szybka decyzje: trzeba biedaka ratowac. Mimo odniesionych ran probowal przede mna uciec, uplynelo wiec dobrych kilka minut, zanim udalo mi sie zarzucic na niego moj szal i skutecznie unieruchomic. Tak "opakowanego" biedaka zanioslam na piechote do najblizszego weterynarza. Szczerze mowiac, nie robilam sobie wielkich nadziei i nie mylilam sie. 

Golab zostal uspiony. Przed chwila zadzwonilam do weterynarza, zeby sie dowiedziec, czy przypadkiem nie udalo sie go uratowac. Wiem, ze prywatny gabinet to nie schronisko i darmowa lecznica dla dzikich zwierzat, mimo wszystko jednak zastanawiam sie, czy uspienie naprawde bylo konieczne. W internecie znalazlam informacje o golebiach, ktorym udalo sie przezyc mimo powaznych ran i utraty ogona. Nie znam sie na tym, wiec nie bede sie upierac, ze "moj" golab mial szanse na przezycie. 
I choc czuje ulge, ze biedny ptak juz nie cierpi, to po glowie wciaz chodza mi pytania: co jeszcze moglam zrobic dla tego cierpiacego zwierzecia? Moze powinnam byla sie uprzec i zostac u weterynarza, zeby sie upewnic, ze otrzyma odpowiednia opieke (tak, tak, wiem, to tylko golab, a nie bliska mi osoba)? Tak naprawde bylam nawet gotowa poniesc koszty, choc zdaje sobie sprawe, ze byc moze bylyby one wyzsze, niz mi sie wydaje. 

I choc prawdopodobnie wyszlam na idiotke, dzwoniac do gabinetu weterynarza, zeby zapytac o golebia (sic!), to mimo wszystko uwazam, ze postapilam slusznie. Nie moglabym zostawic rannego zwierzecia na chodniku. Nawet przez chwile nie przyszlo mi do glowy, aby po prostu ominac go i nie zawracac sobie glowy jakims glupim golebiem. Nie, nie popadam w samouwielbienie na mysl o tym, jak wspaniala i altruistyczna osoba jestem. Wprost przeciwnie. Po raz kolejny uswiadomilam sobie bowiem, ze tak naprawde pomagam niewiele i z przypadku, a jeden uratowany (a raczej humanitarnie uspiony) golab nie uczyni mnie z dnia na dzien lepszym czlowiekiem. 

9 komentarzy :

  1. Mało kto zdobyły się na taki gest, na współczucie, na poświęcenie odrobiny swojego czasu dla gołębia. Może droga do lepszości jest właśnie usłana takimi zdarzeniami.... Pozdrawiam Cię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje. Wiele nie zrobilam, ale nie przejde obojetnie obok cierpiacego zwierzecia, podobnie jak nie zostawilabym lezacego na ulicy czlowieka.

      Usuń
  2. A ja uwazam, ze pomoc "braciom mniejszym" lezy niejako w obowiazku czlowieka. Kazdy powinien tak postepowac. Naprawde. W Krakowie, gdzie mieszkam, jest duzo golebi, te poranione na Rynku Glownym sa wyrzucane do kosza. Te poza centrum umieraja powoli. Wszyscy powinni postepowac tak jak Ty, wypadki sie zdarzaja, ale czlowiek mysli i ma mozliwosc dzialania. Jestesmy to winni naturze. Rowniez staram sie pomagac. Dziekuje za wpis. Pozdrawiam. :) :) Jo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miesci mi sie w glowie, ze mozna zywe stworzenie wrzucic do smietnika i pozwolic, by cierpialo. Wiem, ze wiekszosc ludzi nie przepada za golebiami, bo brudza, halasuja, przenosza choroby etc., lecz mimo wszystko jak smutno wygladalyby bez nich nasz miasta!

      Usuń
  3. Fajnie, ze mu pomoglas.

    Ja dwa razy ratowalam tak ptaki. Raz malego slowika zawiozlam do veta, a ostatnio golebia zawiezlismy do wildlife hospital. Podziwiam, ze zadzwonilas, ja nie mialam odwagi bo balam sie, ze uslysze: uspiony. Wole sobie wyobrazac, ze oba ptaszki zyja :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chapeau bas! Choc i tak wciaz malo tych, ktorzy poswieciliby czas i energie, by ratowac zwierzete, mam nadzieje, ze z czasem bedzie nas wiecej. :)
      Pewnie zrobilam z siebie idiotke, dzwoniac do weterynarza, ale nie moglam tego tak zostawic. Juz wczesniej pytalam o to, co stanie sie z golebiem i wiedzialam, ze najprawdopodobniej zostanie uspiony, jednak chcialam sie upewnic.

      Usuń
  4. Malo jest takich osob jak Ty! Dziekuje Ci za ten wpis. Mysle, ze nie daloby sie zrobic wiecej, najwazniejsze, ze nie cierpial wiecej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje za cieple slowa. Wbrew moim oczekiwaniom wiekszosc osob, ktorym o tym opowiedzialam, nie wykazala wiekszego entuzjazmu, a niektorzy wrecz odradzili mi podobne akcje w przyszlosci. Rzecz jasna, nie mam najmniejszego zamiaru posluchac ich dobrych rad, a wrecz przeciwnie: wciaz bede ratowac te biedne golebie i inne stwory. Dziekuje! :)

      Usuń
  5. Jadąc dziś w środku nocy natrafiłem na jezdni na młodą sierpówkę, której o mało nie rozjechałem. Uciekła w pobliskie krzaki ale zatrzymałem się i ją po jakimś czasie znalazłem. Także nie miała ogona i sapała przy oddychaniu. Postanowiłem zabrać ją do domu. Mało tego jak zamykałem bagażnik podjechała Policja z pytaniem co ja tu robię, tym bardziej, że to podejrzana okolica, dookoła krzaki i tory kolejowe. Powiedziałem prawdę i z uśmiechem na twarzach (chyba ironicznym) mnie puścili.
    Trzymałem ją w koszyku na balkonie z wodą i okruchami chleba. Miałem w planach wizytę u weterynarza rano. Niestety rano za bardzo odsłoniłem koszyk i mi nagle wyskoczyła. Bałem się, że spadnie z 9. piętra, bo nie miała ogona, ale jakoś sfrunęła nieudolnie na drzewo na jakiejś posesji. Żałuję, że przypadkiem ją wypuściłem, bo wszystko poszło na marne...
    Zdjęcie: http://img40.imageshack.us/img40/3895/dsc08432o.jpg

    OdpowiedzUsuń