niedziela, 19 sierpnia 2012

Dinan, la cite medievale

A moze bysmy pojechali do Bretanii? - zaproponowal w zeszlym roku Pan Obrazalski, kiedy planowalismy wakacje. Czemu nie? Choć we Francji spędziłam kilka lat, do tej pory nigdy nie bylam w tamtych stronach. Zahaczyłam tylko o Normandię sześć lat temu (Fecamp), a poza tym mieszkając w Lille, niejednokrotnie miałam okazję powdychać morski jod nad kanałem La Manche. Ale co Bretania, to Bretania. Nie na darmo pochodzę przecież z Poznania, gdzie - jak wiadomo - przy Starym Rynku ma swoją siedzibę znany głównie frankofilom Dom Bretanii, a sam Poznań jest partnerem bretońskiego departamentu Ile-et-Vilaine ze stolicą w Rennes. Więc jakieś tam związki z Bretanią - jako poznańska pyra - mam i grzechem byłoby tam nie pojechać. Nic dodać, nic ująć, wybór padł więc tę część Francji. 


Dinan wybraliśmy w zasadzie dość przypadkowo. Jako że miałam już w planach pracowity miesiąc w Prowansji, więc na wakacje wyjechaliśmy na początku maja, czego zresztą nie żałuję, gdyż pogoda w zasadzie dopisywała mimo przelotnych deszczy. Nasze wakacyjne mieszkanko znaleźliśmy na jednym z turystycznych portali z wakacyjnymi ofertami z całej Francji. Niestety, nie obyło się bez zgrzytów, gdyż właścicielka potrąciła nam z kaucji 50 euro rzekomo za wyczyszczenie koca, na którym miał czelność pokładać się nasz pies. Zresztą pretensji o psa było więcej, a po interwencji Pana O. z portalu zniknęła informacja "mile widziane czworonogi". Jak widać, nie były i nie są mile widziane. Zniszczeń żadnych nie było, choć w mieszkanie urządzone w jasnych barwach i umeblowane na biało, ale niesmak pozostał. Cóż, w przyszłości nie będziemy niczego wynajmować u Anglików (we Francji). 

Szkoda, bo dom znajduje się w samym sercu starego, średniowiecznego Dinan, na jednej z zabytkowych, wąskich i krętych uliczek pnących się w górę miasta. Pobliskie sklepy z żywnością (w górze miasta) i fantastyczna piekarnia nad rzeką Rance przy końcu rue du Jerzual znajdują się w bezpiecznej odległości 10-15 minut spacerkiem.



























































La Bretagne? Mais oui!

Mam jeszcze w zanadrzu sporo zdjęć z zeszłorocznych wakacji w bretońskim miasteczku Dinan. Mała fotorelacja z majowego pobytu w Bretanii - dziś wieczorem! 


sobota, 18 sierpnia 2012

La France! Voila!

Mam nowa torebkę w przepięknej makowej czerwieni, czerwony (a jakże) notes Moleskine, wielkie słoneczne okulary o szkłach jak dla muchy, dwa nowe lakiery do paznokci (koralowy i lazurowy, w sam raz na wakacje), a do tego sztuczną (a co tam!) opaleniznę prosto z salonu kosmetycznego

Mam też granatową, marynarską sukienkę z grubego płótna, "Notes toskański", czyli mój dziennik podróży, mikroskopijny ołówek o długości trzech centymetrów i dwie urlopowe lektury: "Moje życie we Francji" Julii Child i "Śródziemnomorskie lato".

W zasadzie można powiedzieć, że jestem gotowa na wakacje. W tym roku Pan Obrażalski, nasz pies i ja wybieramy się na wyprawę po dolinie Loary i jej zamkach. 

Mam też za sobą dwa szpitalne staże i jeden staż "środowiskowy", który zapamiętam niemal jako wierną kopię "Jeremy Kyle Show". Ot, mała Brytania par excellence. 

Poza tym z niepokojem czekam na wyniki letniej sesji. 

Ale myślami jestem już nad Loarą...