poniedziałek, 31 grudnia 2012

Od czekania sie rdzewieje




Nie chce wyjsc na egzaltowana i pompatyczna ges, ale prawdziwym szczesciem i przywilejem (bla bla bla) byly dla mnie tegoroczne swieta spedzona w rodzinnym Poznaniu. Aby calosc zabrzmiala jeszcze bardziej kiczowato, dodam, ze na te okazje czekalam dwa lata, bo tyle wlasnie minelo od ostatnich swiat z najblizsza rodzina. Nie obylo sie co prawda bez tradycyjnych juz malych utarczek z rodzicielka, mimo wszystko jednak nie mam powodow do narzekan. I chociaz zaspalam na pasterke (jak mozna zaspac na msze o polnocy?), to przynajmniej przejadlam sie kapusta z grzybami, pierogami (z grzybami) i zupa grzybowa (a jakze), o pozostalych wigilijnych potrawach nie wspominajac. 


Tym niemniej dopadla mnie jakas okoloswiateczna zmora, bo juz nastepnego dnia dotarlo do mnie po raz kolejny, ze magia swiat to zwykle mrzonki, a poza przyjemnoscia czekania na zyczenia z oplatkiem, niebianskie przysmaki (a co, moze nie?) i  starannie opakowane prezenty nie ma w zasadzie juz nic wiecej. A byc powinno...Lzawo jakos i smetnie zrobilo sie na Lawicy tuz przed odlotem mojego samolotu do Londynu. Dobrze chociaz, ze o tak poznej porze lotnisko bylo juz mocno pustawe. Niespieszno mi bylo wracac do Anglii tuz po swietach, w srode wieczorem. Od niemal tygodnia jakos tak mi niemrawo, a sama Anglia zdaje sie coraz bardziej obca i niemila.

Coraz czesciej rozmyslam o powrocie do Francji, choc na te slodka chwile przyjdzie mi czekac jeszcze co najmniej dwa lata. Tym niemniej czuje radosne ciepelko w sercu na mysl o tym, co (moze) czeka na mnie po drugiej stronie kanalu La Manche.


Tym, co sie dziwia, czemu tak szybko wrocilam do Anglii, spiesznie wyjasniam, ze to nie z milosci do Krainy Deszczowcow. Nie, nie, to nie tak. Terminy mnie gonia i zblizajaca sie sesja, o przygotowaniach do ktorej nie moglo byc mowy wczesniej. Nie moglo, z lenistwa mojego, rzecz jasna. Z tego wszystkiego zapomnialabym byla dodac, ze wraz z Panem Obrazalskim zaczynamy rzecz od nowa, prawdopodobnie do nastepnej wojny domowej o nic, czyli o wszystko. Nic tak nie cieszy jak kot grzejacy kolana, dobre wino i Pan Obrazalski tuz obok (nawet kiedy chrapie). Co jak co, ale nawet psa-zlosnika mi brakowalo niczym wisienki na torcie. 

Niech sie Wam dobrze wiedzie w nowym roku! 





poniedziałek, 24 grudnia 2012

Widzielismy gwiazde jego na wschod slonca



Przyszła nareszcie chwila ciszy uroczystej,
Stało się – między ludzi wszedł
Mistrz – Wiekuisty


(C.K.Norwid)


Łaskawość i wierność spotkają się z sobą,
ucałują się sprawiedliwość i spokój.

Wierność z ziemi wyrośnie,
a sprawiedliwość wychyli się z nieba.

Pan sam obdarzy szczęściem,
a nasza ziemia wyda swój owoc.

Sprawiedliwość pójdzie przed Nim,
po śladach Jego kroków - zbawienie.

(Psalm 85, 11-14)



Wesołych świąt, moi mili.
Moi mili, wesołych świąt! :)

niedziela, 2 grudnia 2012

Nurse! Nuuuurse!

W nowym zyciu singielki, ktore prowadze od ponad miesiaca, najbardziej brakuje mi obecnosci czworonogow. Pal licho psa zlosnika-zazdrosnika! Fakt, nie przepadalam za nim, a czasami nawet mialam ochote utopic go w rzece, ale mimo wszystko odczuwam jakas przykra pustke, ktora ciezko zapelnic. 

O kocie natomiast moglabym pisac sonety, gdyby oczywiscie naszla mnie wena tworcza, ale nie martwcie sie, albowiem wena omija mnie szerokim lukiem. Na starosc bede zapewne szalona starsza pania otoczona stadkiem wnuczat, kotow sie znaczy, sztuk co najmniej trzy, piec, no siedem moze albo i wiecej. 


Zanim jednak niepostrzezenie osiagne wiek wiekszosci moich pacjentow i zajme sie wnuczetami   kocietami, musze najpierw skonczyc studia pielegniarskie, o ktorych w zasadzie cicho sza na tym blogu. Zbliza sie zimowa sesja, a mysl o niej przepelnia mnie radoscia i optymizmem, jak rowniez skutecznie motywuje do systematycznej i ciezkiej pracy. Stop. Nie, nie przepelnia i nie motywuje, choc powinna. 

Mojego stazu w ekipie pielegniarek (i jednego meskiego "rodzynka") odwiedzajacych pacjentow w domach nie zaliczam do ekscytujacych zyciowych doswiadczen, ale przynajmniej atmosfera jest znacznie przyjemniejsza niz w szpitalu. Nie mam pojecia, dlaczego szpital przyciaga sfrustrowane zolzy plci obojga, a community nursing - calkiem sympatycznych i milych ludzi. Poza pobieraniem krwi, zastrzykami, aplikowaniem czopkow (oszczedze detali) i usuwaniem szwow dni uplywaja mi na zmianach opatrunkow i bandazowaniu mniej lub bardziej malowniczych wrzodow podudzi i stop oraz rownie pociagajacych odlezyn (z nekroza wlacznie). Nie da sie ukryc, ze moja wiedza tajemna odnosnie wyzej wymienionych wrzodow i metod ich leczenia poglebila sie znaczaco w ciagu ostatnich dwoch tygodni. Przy okazji zas daly o sobie znac moje kolana i plecy, zmeczone malo wygodna pozycja, jaka zmuszona jestem przybierac w trakcie zabiegow: na kolanach i z wypietym tylkiem. Jeszcze tylko brakuje, abym powitala klienta (tak, tak, NHS ma nie tylko pacjentow, ale i klientow jednoczesnie) staroswieckim "do nozek padam i stopki caluje"... 



Choc nie zmienilam zdania na temat kariery w NHS, to jednak postanowilam dokonac jednej istotnej zmiany: we wrzesniu przenosze sie na kierunek zwany tajemniczo Operating Department Practice. Gwoli wyjasnienia, chodzi o pielegniarstwo na bloku operacyjnym. Niestety, swego czasu, nie mialam zielonego pojecia o podobnych studiach, naiwnie sadzac, ze bede mogla sie doksztalcic w tym kierunku po zdobyciu dyplomu pielegniarki. 

Zachecona perspektywa ciekawej kariery i mozliwosci zdobywania dodatkowych kwalifikacji (np. asystent chirurga), postanowilam sprobowac szczescia w nieco innej dziedzinie, bliskiej pielegniarstwu. Wybralam kilka uczelni, w tym moj obecny uniwerek, ale marza mi sie studia w Cambridge i staz w Addenbrookes, najwiekszym szpitalu we wschodniej Anglii. Studia trwaja dwa lata, z mozliwoscia zdobycia licencjatu po rozpoczeciu pracy. Mrzonki czy nie, za dziesiec lat widze sie przy stole operacyjnym jako surgical care practitioner, czyli prawie lekarz chirurg. Prawie robi wielka roznice, rzecz jasna, ale to akurat nie ma wiekszego znaczenia. :) Lekarzem juz nigdy nie zostane, ale moge choc w czesci spelnic najwieksze marzenie mojego zycia, ktorego nie udalo mi sie zrealizowac parenascie lat temu w Polsce.



Nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Jestem singielka - trudno. Singielka z nadwaga - trudno, to da sie zmienic. Singielka w obcym kraju - bywalo gorzej. Singielka bez kota - to akurat boli najmocniej. Mimo wszystko nie mam wielu powodow do narzekan: mam dach nad glowa, srodki do zycia, pasjonujace studia i obietnice udanej i niebanalnej kariery. ;) 

A na kota zawsze znajdzie sie czas, prawda?



poniedziałek, 5 listopada 2012

J'adooooooooore....

regarder les chats dormir!


Uwielbiam przygladac sie spiacym kotom. Zaluje, ze sama nie potrafie zwinac sie w perfekcyjny rogalik i beztrosko spac snem sprawiedliwego (kota). 

Nie ma lepszej kanapy od ludzkich kolan. 

Oj, brakuje mi tego psio-kocio-kwiku, brakuje... 


niedziela, 28 października 2012

To juz jest koniec?

Nie ma juz nic?

Nie, to nie koniec, choc cos sie skonczylo, rozpadlo i odeszlo w niebyt.

Nie ma juz nas, czyli mnie i Pana Obrazalskiego. Nie ma Pana Psa i Panny Kotki.

Nie mas nas, bo wlasnie sie rozstalismy.

***

Wciaz jednak studiuje pielegniarstwo w Anglii. Niedawno przeprowadzilam sie do innego miasta (a raczej miasteczka), a za trzy tygodnie zaczynam kolejny, czwarty juz staz. 

Mam nadzieje, ze bede mogla czesciej pisywac, zwlaszcza ze - jak mniemam - weny i tematow  mi obecnie nie brakuje. 

niedziela, 19 sierpnia 2012

Dinan, la cite medievale

A moze bysmy pojechali do Bretanii? - zaproponowal w zeszlym roku Pan Obrazalski, kiedy planowalismy wakacje. Czemu nie? Choć we Francji spędziłam kilka lat, do tej pory nigdy nie bylam w tamtych stronach. Zahaczyłam tylko o Normandię sześć lat temu (Fecamp), a poza tym mieszkając w Lille, niejednokrotnie miałam okazję powdychać morski jod nad kanałem La Manche. Ale co Bretania, to Bretania. Nie na darmo pochodzę przecież z Poznania, gdzie - jak wiadomo - przy Starym Rynku ma swoją siedzibę znany głównie frankofilom Dom Bretanii, a sam Poznań jest partnerem bretońskiego departamentu Ile-et-Vilaine ze stolicą w Rennes. Więc jakieś tam związki z Bretanią - jako poznańska pyra - mam i grzechem byłoby tam nie pojechać. Nic dodać, nic ująć, wybór padł więc tę część Francji. 


Dinan wybraliśmy w zasadzie dość przypadkowo. Jako że miałam już w planach pracowity miesiąc w Prowansji, więc na wakacje wyjechaliśmy na początku maja, czego zresztą nie żałuję, gdyż pogoda w zasadzie dopisywała mimo przelotnych deszczy. Nasze wakacyjne mieszkanko znaleźliśmy na jednym z turystycznych portali z wakacyjnymi ofertami z całej Francji. Niestety, nie obyło się bez zgrzytów, gdyż właścicielka potrąciła nam z kaucji 50 euro rzekomo za wyczyszczenie koca, na którym miał czelność pokładać się nasz pies. Zresztą pretensji o psa było więcej, a po interwencji Pana O. z portalu zniknęła informacja "mile widziane czworonogi". Jak widać, nie były i nie są mile widziane. Zniszczeń żadnych nie było, choć w mieszkanie urządzone w jasnych barwach i umeblowane na biało, ale niesmak pozostał. Cóż, w przyszłości nie będziemy niczego wynajmować u Anglików (we Francji). 

Szkoda, bo dom znajduje się w samym sercu starego, średniowiecznego Dinan, na jednej z zabytkowych, wąskich i krętych uliczek pnących się w górę miasta. Pobliskie sklepy z żywnością (w górze miasta) i fantastyczna piekarnia nad rzeką Rance przy końcu rue du Jerzual znajdują się w bezpiecznej odległości 10-15 minut spacerkiem.



























































La Bretagne? Mais oui!

Mam jeszcze w zanadrzu sporo zdjęć z zeszłorocznych wakacji w bretońskim miasteczku Dinan. Mała fotorelacja z majowego pobytu w Bretanii - dziś wieczorem! 


sobota, 18 sierpnia 2012

La France! Voila!

Mam nowa torebkę w przepięknej makowej czerwieni, czerwony (a jakże) notes Moleskine, wielkie słoneczne okulary o szkłach jak dla muchy, dwa nowe lakiery do paznokci (koralowy i lazurowy, w sam raz na wakacje), a do tego sztuczną (a co tam!) opaleniznę prosto z salonu kosmetycznego

Mam też granatową, marynarską sukienkę z grubego płótna, "Notes toskański", czyli mój dziennik podróży, mikroskopijny ołówek o długości trzech centymetrów i dwie urlopowe lektury: "Moje życie we Francji" Julii Child i "Śródziemnomorskie lato".

W zasadzie można powiedzieć, że jestem gotowa na wakacje. W tym roku Pan Obrażalski, nasz pies i ja wybieramy się na wyprawę po dolinie Loary i jej zamkach. 

Mam też za sobą dwa szpitalne staże i jeden staż "środowiskowy", który zapamiętam niemal jako wierną kopię "Jeremy Kyle Show". Ot, mała Brytania par excellence. 

Poza tym z niepokojem czekam na wyniki letniej sesji. 

Ale myślami jestem już nad Loarą...

sobota, 16 czerwca 2012

Do jasnej choinki!

Niewatpliwie zbliza sie najbardziej deszczowe, zimne i wietrzne lato w Wielkiej Brytanii. 

Moze to i lepiej, bo za dziesiec dni zaczynam kolejny staz w szpitalu, wiec deszczowa pogoda bedzie raczej milym dodatkiem do szpitalnego pakietu. 

Mimo wszystko udalo sie wygospodarowac kilka pieknych i slonecznych dni. I to wszystko. Znow pada, wieje, znow jest chlodno i nieprzyjemnie. 

Kraina deszczowcow, do jasnej choinki!