wtorek, 22 listopada 2011

Mersea Island, czyli rybne przysmaki

Lubie jadac poza domem, choc coraz bardziej cenie sobie smaki domowej kuchni i dziela rak wlasnych. Mimo ze wegetarianskich restauracji i knajpek przybywa w ekspresowym tempie, nie zawsze moge nacieszyc sie szerokim wyborem dan i najczesciej jest tak, ze wybieram niekoniecznie to, na co naprawde mam ochote.

Posrod licznych postanowien na przyszly rok (tak, bedzie dobrze, jesli dwa z nich uda sie zrealizowac) figuruje zwlaszcza jedno: chcialabym przejsc na calkowity wegetarianizm. Obecnie od czasu do czasu jadam ryby i owoce morza, co wzbudza we mnie wyrzuty sumienia i zal, ze brak mi silnej woli i motywacji. Myslalam takze o rezygnacji z jajek i produktow mlecznych, by zastapic je mlekiem sojowym, jednak biorac pod uwage moje problemy zdrowotne, bede musiala ewentualna decyzje o tak drastycznych zmianach nawykow zywieniowych odsunac nieco na pozniej.

Musze przyznac, ze nieszczegolnie przepadam za restauracjami w rodzaju "a e bulke przez bibulke", gdzie wszyscy siedza sztywno na bacznosc przy nieskazitelnie bialych, wykrochmalonych obrusach, poszeptujac raczej, niz rozmawiajac (bo tak wypada), a koncowy rachunek przyprawia o bol glowy. Lubie miejsca niekoniecznie luksusowe, za to pelne ciepla, z pysznym, niekoniecznie "artystycznym" jedzeniem, za to ze swobodna atmosfera i rozsadnymi cenami.

Jednym z takich miejsc, do ktorych chetnie wracam, jest malenka knajpka w West Mersea (czesc Mersea Island), serwujaca proste, ale przepyszne rybne potrawy i owoce morza. Knajpka zowie sie The Company Shed i - jak sama nazwa mowi - jest to po prostu dawny sklep rybny, gdzie do dzis mozna kupic swieze ryby i tutejsze ostrygi, znane nie tylko w  okolicy, gdzie na zapleczu w kuchni rodzina wlascicieli przygotowuje dania dla wielbicieli kuchni rybnej, gdzie na niewielkiej powierzchni stoja zwykle stoly nakryte cerata i krzesla nie do pary, gdzie wszystkie sztucce, szklanki i kieliszki sa z innego kompletu, a do tego, zeby zdobyc upragnione miejsce przy stole (posrod innych glodomorow) nalezy odczekac swoje w kolejce przed knajpka. 


The Company Shed to miejsce znane takze w snobistycznym londynskim swiatku. Mersea Island lezy jakies 70 mil od Londynu i cieszy sie uznaniem nie tylko wsrod turystow, przyjezdzaja tu bowiem takze mieszkancy okolicznych miejscowosci. Knajpka nie przyjmuje rezerwacji, trzeba wiec przyjechac wystarczajaco wczesnie, by zalapac sie na "miejscowke", zwlaszcza latem, choc jesienna pora takze trudno tu o wolny stolik.


Co ciekawe, w knajpce nie serwuja alkoholu, w zamian za to goscie moga przywiezc wlasne trunki (procentowe lub nie), chleb (rybne przysmaki swietnie smakuja w towarzystwie bagietki) i maslo (najlepiej solone). Mozna za to zamowic salatke z francuskim sosem vinaigrette jako dodatek. 


Knajpka, jak wspominalam, jest zatloczona. Stoliki i stoly stoja jeden przy drugim, dzieki czemu mozna pogadac z sasiadami, poczestowac chlebem czy wzniesc wspolny toast. Nie jest to najlepsze miejsce na romantyczna randke we dwoje, trudno tu bowiem o intymna atmosfere, ale nie to przeciez sie liczy. Nalezy koniecznie zalozyc jakies stare ciuchy, latwo bowiem zaplamic ubranie rybnym "sosem" lub winem, a przy okazji zabrac ze soba kalosze i wiatrowke, bo warto wybrac sie po posilku na porzadny spacer wzdluz portu i plaza. 


Lubie to miejsce, choc byla to zapewne moja ostatnia wizyta w tym nietypowym "skladzie rybnym", gdzie pod sciana, w poblizu stolikow, stoja wielkie pojemniki z woda, w ktorych tlocza sie, nieswiadome rychlego konca, wielkie kraby, langusty i homary. Ostatnia to wizyta, ze wzgledu na moje wegetarianskie plany na przyszly rok. 

Mimo wszystko lubie prostote tej malutkiej restauracji, jej niewyszukane menu, kieliszki z roznych kompletow, zapach morskiej wody i ryb, gwar rozmow i kulinarne rozkosze podniebienia dla mniej i bardziej wybrednych. 


Mersea Island jest jednym z moich ulubionych miejsc na weekendowe wyprawy. Szczerze mowiac, nie zaluje przeprowadzki na wschodnie wybrzeze. Mieszkam w pieknej okolicy, w miasteczku, ktore uwazane jest za jedno z najladniejszych w Anglii, i choc czasami marze o przeprowadzce do Cambridge, to jednak ciesze sie z tego, co mam i nie zamienilabym mojego fyrtla na wielki Londyn. :)

Rabbits are cool and brave

W pewnym pubie w Brighton, o wdziecznej nazwie White Rabbit, drzwi kibelka zdobia takie oto dziela (ze wzgledu na kolejke po drugiej stronie drzwi musialam sie nieco pospieszyc, wiec i zdjecie wyszlo nieco zamglone).



czwartek, 10 listopada 2011

Jesien w Krainie Jezior



Jesień szła coraz głębsza.
Blade dnie wlekły się przez puste, ogłuchłe pola i przymierały w lasach coraz cichsze, coraz bladsze (...)
A co świtanie - dzień wstawał leniwiej, stężały od chłodu i cały w szronach, i w bolesnej cichości ziemi zamierającej; słońce blade i ciężkie wykwitało z głębin w wieńcach wron i kawek, co się zrywały gdzieś znad zórz, leciały nisko nad polami i krakały głucho, długo, żałośnie... a za nimi biegł ostry, zimny wiatr, mącił wody stężałe, warzył resztki zieleni i rwał ostatnie liście topolom pochylonym nad drogami, że spływały cicho niby łza - krwawe łzy umarłego lata, i padały ciężko na ziemię.
(...)
A co świtanie - mroczniej było i zimniej, i niżej dymy rozsnuwały się po nagich sadach, i więcej ptaków zlatywało do wsi i szukało schronienia po stodołach i brogach, a wrony siadały na kalenicach, to wieszały się na nagich drzewach lub krążyły nad ziemią kracząc głucho - jakoby pieśń zimy śpiewając żałosną.
Południa były słoneczne, ale tak martwe i nieme, że poszumy lasów dochodziły głuchym szmerem i bełkot rzeki rozlegał się jak łkanie bolesne, a szczątki babiego lata rwały się nie wiadomo skąd i przepadały w ostrych, zimnych cieniach chałup.
A smętek konania był w tych południach cichych, na pustych drogach leżało milczenie, a w odartych z liści sadach czaiła się głęboka melancholia żałości i trwogi zarazem.
(...)
A na przedwieczerzę często spadały deszcze, krótkie były jeszcze, ale zimne i coraz częściej przeciągały się do zmroku - do długiego jesiennego zmroku, w którym jak kwiaty złote płonęły okna chat i szkliły się kałużami puste drogi - a mokra zimna noc tłukła się o ściany i pojękiwała w sadach.
(...)
Hej ! Jesień to była, późna jesień !
I ani przyśpiewków, ni pokrzyków wesołych, ni tego ptaszków piukania, ni nawoływań nie słychać było we wsi - nic, jeno ten wiatr, pojękujący w strzechach, jeno te dżdże, sypiące jakoby szkliwem po szybach, i to głuche, wzmagające się co dnia bicie cepów po stodołach.
(...)
Jesień to była, rodzona matka zimy.








Jesien w Krainie Jezior (Lake District) nie taka smutna jak u Reymonta, prawda? 


Wiecej o wyprawie na daleka polnoc juz wkrotce (kiedy tylko znajde odrobine czasu).