środa, 31 sierpnia 2011

Wpieklona Wścieklicowa

Komputer się zepsuł, pies się pochorował i trafił pod nóż (na szczęście nie rzeźnicki), Pan Obrażalski znów się nabzdyczył, buty się rozkleiły, choć to ich pierwszy sezon, a do tego dzień w dzień, od rana do wieczora trwa rozbudowa linii tramwajowej, w pobliżu której mieszkają moi rodzice. Męczy mnie ten okropny hałas, to stukanie, zgrzytanie, kopanie, wiercenie, spawanie, cięcie, wywożenie gruzu i hałd piasku itp. Ja, dziecko wielkiego miasta, znudzone angielską prowincją, tęsknię za ciszą małego miasteczka, za spacerami po łąkach i spokojną pobudką o poranku. Jestem coraz bardziej rozdrażniona tym wielogodzinnym rumorem dobiegającym z budowy, a z każdą godziną nawet drobny hałas, jak choćby stukot zamykanych drzwi, sprawia, że robię się zła jak osa.

Do tego wszystkiego dręczy mnie myśl o powrocie do Anglii (pojutrze!), a oczami wyobraźni widzę już te kolejki na lotnisku, buraczanych pasażerów i burą, deszczową aurę po drugiej stronie kanału La Manche. Nie chce mi się pakować walizki ani szykować do wyjazdu, bo nie chcę znów tęsknić za rodziną i domowym ciepłem. Nie mam ochoty użerać się z Panem Obrażalskim (choć pewnie przez tydzień będzie cacy i lovely) ani zaczynać nowej pracy, ani też rozmawiać po angielsku i udawać, że jestem niesamowicie szczęśliwa. 

Wylazła dzisiaj ze mnie zrzęda i maruda, więc najchętniej zawołałabym jak Dulski: "A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!" Nie mogę jednak tego zrobić, bo tak naprawdę nikt ode mnie niczego nie chce, do niczego nie przymusza i za rączkę nie prowadzi. "Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu", jak mawiają Anglicy. W Anglii tęskniłam za Francją. We Francji marzyłam o Polsce. A w Polsce... najchętniej bym została, zamiast włóczyć się po świecie. Zapewne jednak po miesiącu zatęskniłabym za innym miejscem. I tak dalej, i tak dalej...

Poza tym dziś rano zawiozłam do PCK wyprane, poskładane i ciągle nadające się do noszenia ubrania. Żadne tam szmaty do podłogi. A tam? Obrażony personel, który najwidoczniej wyrządził mi ogromną przysługę, przyjmując ode mnie rzeczy popakowane w kartony. "A po co to tak powiązane sznurkiem?", nadęła się pani z PCK i w tym momencie pożałowałam, że nie miałam czasu, aby znaleźć instytucję, która faktycznie urządza zbiórki odzieży i nie kręci nosem na ewentualnych darczyńców. W Anglii mam przynajmniej charity shops w każdym niemal miasteczku, tu w Poznaniu ubrania mogę wyrzucić jedynie na śmietnik. W takich warunkach trudno jest być matką miłosierdzia.

To wszystko zusammen do kupy wzięte sprawia, że jestem dzisiaj chodzącym narzekaniem w ludzkiej skórze. Ponurym wcieleniem malkontenctwa. Patronką niezadowolonych ze wszystkiego frustratów.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Po co czytać książki?

Pourquoi je lis ? Je lis comme je marche, sans doute. D’ailleurs, je lis en marchant. Si je vous racontais le nombre de rencontres que j’ai faites grâce à ça ! Plus d’un horodateur de Paris a été ému de m’entendre lui dire « pardon monsieur ! » après que je m’étais cogné à lui en lisant un livre ou un autre. 





(...) Toute mon enfance, j’ai entendu : « Va donc jouer au jardin ! » On n’estimait pas que lire était malsain, je n’ai pas une famille aussi vulgaire, c’était pour varier mes occupations. Je n’en avais qu’une, lire. De temps à autre, je jouais pour faire plaisir à mes parents. Et, sous le regard enamouré de ma mère, je poussais une petite voiture sur une route dessinée à la craie en m’ennuyant considérablement. Je crois que j’étais un enfant qui avait horreur des devoirs, en tout cas d’un devoir en particulier : celui de s’amuser. Je m’amusais beaucoup plus dans les livres que dans les jeux, et ne parlons pas des sports. Je jouais aux petites voitures, puis, quand l’enfantillage de mes parents était satisfait, je retournais au bonheur des bonheurs, lire. Ah, voilà une autre raison de lire, sans doute. Lire, c’est beaucoup plus intéressant que de se distraire.



(..) La lecture n'est pas contre la vie. Elle est la vie, une vie plus sérieuse, moins violente, moins frivole, plus durable, plus orgeuilleuse, moins vaniteuse, avec souvent toutes les faiblesses de l'orgueil, la timidité, le silence, la reculade. Elle maintient, dans l'utilitarisme du monde, du détachement en faveur de la pensée. Lire ne sert à rien. C'est pour cela que c'est une grande chose. Nous lisons parce que ça ne sert à rien.


Cytaty pochodzą z książki "Pourquoi lire?" (Editions Grasset).

P.S. Przepraszam, że dziś wpis tylko dla frankofonów. 

sobota, 27 sierpnia 2011

Resztki lata, resztki optymizmu?

Ostatnie bodajże westchnienie tegorocznego lata... Ostatnia kąpiel w chłodnym jeziorze i spacer na bosaka wśród leżących w zeschłym igliwiu szyszek, polegiwanie raz ostatni z głową w chmurach i ostatni piknik na łonie natury.

A teraz? Za oknem deszcz i prawdziwie letnia burza z donośnymi piorunami. Już ciemno. Całkiem jak tu:
Mrok jak kosmaty pies.
Patrz, wrzesień już,
czas rozpalić piec.
Posmutniało w ogrodzie i nagle postarzało się. 

Pieca nie mam, więc nie napalę węglem, jak niegdyś robiła to moja babcia w swoim starym mieszkaniu o gipsowych sztukateriach na suficie. Kominek w moim salonie pełni już tylko dekoracyjną funkcję. Ogród zapewne faktycznie już posmutniał, muszę to sprawdzić, kiedy  powrócę do Anglii. Kotu ponoć wciąż zachciewa się wieczornych eskapad, a pies jak zawsze cieszy się na długi spacer po łąkach. 

Jeszcze lato na dobre nie odeszło, jeszcze nie...

... a mnie już jakoś nieswojo, smutno i ciężko.

Więc co mi pozostaje?

Lektura co najmniej kilkunastu książek, poznawanie tajników cyfrowej fotografii, ciepłe wieczory w ogrodzie z kubkiem herbaty w ręku (witajcie, grube swetry!), jakieś pisarsko-translatorskie ścibolenie, kuchenne zmagania z nieznanymi przepisami (ach, marzą mi się przetwory!), długie spacery po okolicznych łąkach i polach z psem i jego panem, szczęśliwe chwile z kotem na kolanach, może jakieś ręczne robótki (a raczej mozolna nauka robótek, bo jak na razie mam jedynie dwie lewe ręce i słomiany zapał)... 

Nie będzie tak źle. Nie chcę, żeby znów dopadły mnie demony depresji. 

Nie tym razem. Spróbuję temu zapobiec. 






piątek, 26 sierpnia 2011

Piękne, ale śmiercionośne

Jakiej pogody należy spodziewać się latem w Prowansji, każdy wie: upałów. Choć czasem bywa tak jak na załączonym obrazku: niebo zasnute chmurami, wielka ulewa i znów przepiękna słoneczna pogoda. 

Dla przykładu: moje Venasque podlega wpływom klimatu środziemnomorskiego. Mamy więc dwie pory suche: krótszą zimą i wyraźnie dłuższą latem, oraz dwie pory deszczowe: jesienią (padają tu wówczas ulewne i obfite deszcze) i wiosną. Lato jest ciepłe i suche, bywa że naznaczone gwałtownymi burzami, zima zaś łagodna i bardzo rzadko pada tu śnieg. 
Latem temperatury maksymalne przekraczają 30 stopni Celsjusza, ale powietrze jest suche, więc łatwiej jest znosić upały niż w tropikach. Zimą natomiast minimalne temperatury oscylują wokół 2-5 stopni Celsjusza, przy czym najzimniejsze miesiące to grudzień, styczeń i luty (ze średnią temperatur około 6-7 stopni). 
Pamiętam jeszcze z czasów, gdy mieszkałam w pobliżu Antibes, jak w styczniu chodziłam opalać się na plażę w kostiumie kąpielowym, a nawet ryzykowałam kąpiele w zimnym o tej porze roku Morzu Śródziemnym. Dobrze jest mieszkać w Prowansji... 

W jednym z poprzednich postów pytałam o nazwę kwiatów z poniższych zdjęć. Katasiu, dziękuję za pomoc. Chodzi oczywiście o pospolity w tej części Francji krzew Laurier rose, czyli nasz oleander pospolity. Jak się okazuje, roślina ta (kwitnąca od czerwca do września) jest nie tylko piękna, ale i bardzo trująca. Trujące są zarówno kwiaty, jak i pędy czy liście zawierające glikozydy nasercowe. Zjedzenie jednego liścia może okazać się śmiertelne w skutkach. 
Jak donosi Wikipedia, oleander zapisał się niechlubnie w historii Francji. W 1808 roku, w trakcie kampanii Napoleona w Hiszpanii, śmiertelnemu zatruciu uległo ośmiu wojaków. Powód? Na gałązki oleandra odarte z liści panowie zatknęli kawałki mięsa, które upiekli na ognisku... 


Oleander należy do roślin twardolistnych. W mojej ulubionej Botanice autorstwa 3 panów P. czytamy:
Roślinność twardolistna rozwija się w klimacie podzwrotnikowym. Dwa najważniejsze czynniki klimatyczne - ciepło i deszcz - w swych maksymalnych wartościach mijają się w czasie. Lato jest gorące, ale suche. Zimą natomiast padają deszcze, ale jest ona dosyć łagodna - rzadko dochodzi do mrozów, a jeśli tak, to są one niewielkie i krótkotrwałe. Najkorzystniejszą dla rozwoju roślin porą roku jest wiosna, gdy ziemia jest jeszcze nasycona wodą, a temperatura powietrza jest już wysoka.
Charakterystyczną formacją roślinną tej strefy są krzewiaste zarośla, których typowym przykładem jest śródziemnomorska makia (fr. maquis). Makia osiąga wysokość 1-4 m, a w jej skład wchodzą różne zimozielone krzewy o liściach twardych, skórzastych, niekiedy pokrytych kutnerem. Wiele roślin zawiera pachnące olejki eteryczne. Zarośla niższe od makii tworzy garig (fr. garrigue), w skład którego wchodzą różne drobne krzewinki, podkrzewy i byliny. 
W skład śródziemnomorskiej roślinności twardolistnej wchodzą różne znane nam gatunki, np. oleander, wawrzyn (fr. laurier) i mirt (fr. myrte). 
Oprócz zarośli krzewiastych w omawianej strefie mogą występować również lasy. W krajach śródziemnomorskich pozostały jeszcze resztki lasów piniowych z sosną pinia, a na zachodzie obszaru - lasy z dębem korkowym.


Oleander wymaga miejsc dobrze nasłonecznionych, ale i osłoniętych od wiatru. Hodowla tego krzewu jest możliwa nawet w regionach, gdzie temperatura spada zimą poniżej zera, jednak w tym wypadku należy drzewko zasadzić w donicy (i przechowywać w dobrze nasłonecznionym, ale chłodnym pomieszczeniu). Podobno dobrze służy im nawóz stosowany w domowej uprawie pomidorów, dzięki któremu wyrosną piękne i dorodne kwiaty w kolorze różowym, białym, żółtym lub łososiowym. Należy jednak pamiętać o obfitym podlewaniu krzewu, najlepiej wieczorem, aby uniknąć wyparowywania wody. 
Mieszkając w Awinionie, miałam pod oknami zagajnik cały w kwiatach oleandra. Całe szczęście nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je pozrywać gołymi rękami lub - co gorsza - pożuć liście, co nie raz mi się zdarza na łonie natury. Tzn. żuć źdźbła trawy lub liście, ale nie oleandra. Tego ostatniego nie polecam do sałatki! ;) 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Na poważnie się nie da

Nie przepadam za pisaniem na poważnie, bo dziwnym trafem zbyt często zdarza się, że wpadam wtedy w niepotrzebny patos i sztywniactwo. Nie jestem z tych, którzy mając tzw. lekkie pióro, o sprawach (po)ważnych a osobistych mówią tak, że odnoszę wrażenie, iż mam do czynienia z całkiem niezłym dziełkiem literackim. Nie dziw więc, że wzruszam się przy lekturze i wpadam w zadumę, a w duchu myślę sobie: "Jaka szkoda, że ja tak pisać nie potrafię".

Nie jestem również z tych, którzy łatwo się otwierają. Nie potrafię mówić o sobie i wielokrotnie już zdarzyło się, że bliska paranoi usuwałam notatki przygotowane wcześniej dla potrzeb bloga. Już dobrych parę lat temu uświadomiłam sobie, że są sprawy, problemy i wspomnienia, którymi nigdy się z nikim nie podzieliłam. 

***

Trudno powiedzieć, kiedy tak naprawdę poczułam potrzebę pisania o sobie otwarcie i bez ogródek, bez pomijania żadnych wstydliwych czy nawet drastycznych szczegółów mojego życia. Do tej pory starałam się, aby światła dziennego nie ujrzały nie tylko drobne i niewinne grzeszki, ale i sprawy bolesne, więc przemilczane, latami zamiatane pod dywan i wstydliwie upychane po kątach.

Wszystkie te problemy, kompleksy, wspomnienia, zdarzenia i sytuacje, których nigdy nie udało mi się zapomnieć, nagromadziły się i nawarstwiły niczym sterta śmieci na wysypisku. Gdyby nie one, nie byłabym tym, kim teraz jestem. To dzięki nim noszę dziś przydomek Nikt Ważny.

Nikt Ważny to ja.

***

Gdybym miała kiedykolwiek napisać książkę: powieść, opowiadanie, dzienniki, cokolwiek, to może tak wyglądałby jej początek (mam na myśli drugą część wpisu). A może i nie, bo nic w tym przecież ciekawego nie ma.
Ponieważ jednak daleka jestem od pisarskiej kariery, pozostaje mi być grzeczną, układną i zdystansowaną. Tak z angielska, w końcu mieszkam w Anglii. :)

wtorek, 23 sierpnia 2011

Czas się zatrzymał w Prowansji

Przechadzając się uliczkami Venasque, trudno oprzeć się wrażeniu, że czas stanął tu w miejscu kilkadziesiąt lat temu. Lubię ten błogi spokój, choć ma on w sobie coś niepokojącego, zwłaszcza dla kogoś, kto przyzwyczajony jest do wielkomiejskiego zgiełku, pośpiechu i goniących terminów, dni wypełnionych od A do Z. W tej ciszy pustych uliczek, gdzie od czasu do czasu pojawiają się tylko turyści, jest coś przyjemnego a jednocześnie bolesnego. Nie dla każdego bowiem jest kojąca ta cisza i samotność... A w pustym kościele, ciemnym i surowym, trudno nawet o modlitwę. Znów jakiś przedziwny niepokój wypycha mnie stamtąd na zalany słońcem brukowany placyk, skąd roztacza się piękny widok na najwyższą w okolicy górę, Mont Ventoux, zwaną gigantem Prowansji. 








sobota, 20 sierpnia 2011

Fontanny w Venasque

Podobno w prowansalskim miasteczku Venasque (którego nazwa wywodzi się od liguryjskiego słowa vindasca, oznaczającego białą skałę, widoczną z oddali jak samo miasteczko - osadzone właśnie na takich białych skałach) woda popłynęła w kranach domów dopiero na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. A przedtem? A wcześniej po wodę chodziło się do publicznej fontanny.
 
Takich fontann w Venasque jest co najmniej kilka, jak na przykład ta na głównym placu (a raczej placyku):



I druga w pobliżu jedynego kościółka:



Woda z fontanny nie nadaje się jednak do picia, o czym informują stosowne tabliczki:


Można za to skosztować dziko rosnących fig:


Albo powąchać przepiękne kwiaty (czy ktoś z Czytelników zna ich nazwę?):



Ewentualnie uszczknąć nieco ziółek lub cytrynkę:



A w ostateczności zajrzeć komuś na podwórko:



piątek, 19 sierpnia 2011

Nieprawdopodobna historia na szlaku świętego Jakuba z Compostelli

Lubię, zwłaszcza latem, czytywać tzw. literaturę podróżniczą: reportaże, eseje, relacje z podróży i powieści, których akcja toczy się w drodze między punktem A i B. Z tych ostatnich cenię sobie np. Abisyńczyka francuskiego pisarza, dyplomaty i lekarza Jean-Christophe'a Rufina (za swoją powieść autor otrzymał Nagrodę Goncourtów za najlepszy debiut). 

Opuszczając Awinion, zakupiłam w dworcowej księgarence pewne czytadło, na które już od dłuższego czasu miałam chrapkę. Nie jest to oczywiście literackie arcydzieło, w sam raz jednak nadaje się nie tylko na krótsze i dłuższe podróże pociągiem, ale i na leniwe popołudnia w parku czy wieczory z lampką wina (lub szklanką piwa z sokiem malinowym etc.).




Mariane Payot, recenzentka tygodnika L'Express, tak zachęca do lektury: "W ciągu roku od wydania ponad 80 tysięcy osób kupiło tę książkę. Z dwóch powodów. Po pierwsze: już od stuleci szlak św. Jakuba z Compostelli owiany jest legendą, a po drugie - lekki reportażowy styl jasnowłosej dziennikarki zachwyca czytelników, czyli potencjalnych kandydatów do pielgrzymki. Tym bardziej że potrójny sukces pielgrzymkowej neofitki Alix (która trzykrotnie stanęła na szlaku św. Jakuba), nałogowej palaczki o kiepskiej formie fizycznej i szczątkowym zmyśle orientacji w terenie, jest na wagę złota [czy raczej, jak pisze autorka recenzji: na wagę cennego niczym złoto pielgrzymiego kija z muszlą Jakuba apostoła]. Swoją podróż Alix rozpoczyna 14 lipca 2003 roku w Saint-Jean-Pied-de-Port: przed nią 770 kilometrów, miesiąc marszu po sześć godzin dziennie w towarzystwie nieprawdopodobnych kompanów: wierzących, ateistów, Brazylijczyków, Australijczyków, Basków i... nocnych chrapaczy. Z każdym kilometrem i kolejnym noclegiem w schroniskach na szlaku Alix z pielgrzymkowej amatorki zmienia się w profesjonalistkę: dowiaduje się, jak wybrać dobre miejsce do spania, jak właściwie zapakować plecak, a także jak radzić sobie nie tylko z fizycznym bólem, ale i z napadami złego humoru. Doskonałe vademecum dla każdego pielgrzyma. Koniecznie zapakować do plecaka!"


Nic więc dziwnego, że i mnie zachciało się pielgrzymowania drogą świętego Jakuba do Santiago de Compostella. Moją niekłamaną sympatię autorka zyskała jednak nie dzięki samozaparciu i wytrwałości. Sami się przekonajcie (przepraszam, ale nie mam czasu na tłumaczenie tego fragmentu na polski):
Et là, soudain, l'incroyable: un tout petit refuge ouvert, et quand on demande du café, on nous propose une tartine avec, et du lait, du sucre, un radiateur! Et comme un miracle n'arrive jamais seul, le voici, lui, qui se précipite qui trotte, qui se casse la figure, qui se relève. Une oreille debout, l'autre couchée, un oeil ouvert, l'autre fermé, hirsute en différentes longueurs mais d'un noir presque uni, et avec la queue qui fait un coude! Un véritable angle droit. A l'origine, sans aucun doute, ses parents étaient des chats, mais lui est un anti-chat, comme ma Jaja! Je le reconnais immédiatement. Il se frotte à nous, montre son ventre, se fait gratouiller par des inconnus, pas du tout chat, ça! C'est un gato desdichado. Un chat mal doué. Mirobolante merveille!
"Et il (ne) répond (pas) au nom de?
- Margarito, répond l'hospitalier. Au début, on a cru que c'était une femelle, on l'appelait Margarita, mais c'est un mâle finalement, donc: Margarito."
Raquel rigole: Margarita, c'est le prenom Marguerite, mais Margarito, au masculin, c'est inoui en espagnol jusqu'à présent...


(...) Et c'est en cela aussi que le chat mal doué est très éducatif de ses maîtres, et non l'inverse, car il ne cesse, entre autres choses, de renverser l'échelle des valeurs. Il change le regard et conduit à la charité véritable, bien au-delà des apparences.
Sans l'influence du chat à la queue coudée, le refuge de Rabé de las Calzadas n'aurait jamais été ouvert dès l'aube et son café au lait ne serait pas le meilleur du chemin de Saint-Jacques.
Nous quittâmes à regret l'admirable Margarito et son maître.
Pour qu'on ne l'oublie pas trop vite, cette merveille d'anti-chat avait affectueusement gratifié nos jambes de longs poils noirs absolument indécollables.

środa, 17 sierpnia 2011

Okna, bramy, drzwi - urok prowansalskich miasteczek

Bardzo lubię spacerować po brukowanych uliczkach starych prowansalskich miasteczek. Ulice są tak wąskie, że domy zerkają sobie nawzajem przez okna i rzadko kiedy zagląda tam ostre południowe słońce. Panuje tam leniwy spokój, jakby dzień składał się z kawałeczków 24-godzinnej sjesty przerywanej krótkimi okresami wzmożonej aktywności mieszkańców: tu trzeba wyskoczyć do pobliskiej boulangerie po chrupiące rogaliki na śniadanie, tam znowu zatrzymać się na chwilę pogawędki z sąsiadką, wywiesić pranie za okno lub podreptać powolutku do pobliskiego, starego jak świat kościoła na wieczorne nabożeństwo. 





Je ne suis pas provençal. Je suis né en Provence. Je suis né en Provence par hasard, parce que mon père et ma mère s'y sont rencontrés et s'y sont mariés (...) Mais j'aime ce pays... Je l'aime comme Swann aimait Odette, en se rendant finalement compte que c'était la femme qui ne lui convenait pas, que ce n'était pas son type. Eh bien la Provence ce n'est pas mon "type" de pays. Si j'habitais un pays que j'aime, j'habiterais un pays où il pleut (...) C'est donc un pays que j'aime, j'aime ses odeurs, j'aime sa façon d'être, mais je l'aime mieux que ce que l'aiment les félibres, je l'aime trop, je l'aime plus qu'eux. Parce que je n'aime pas qu'on en fasse un portrait ridicule. Or, le personnage du provençal hâbleur, joueur de boules, buveur de pastis, il existe, mais il existe en minorité, et ce n'est pas sur celui-là qu'il faut porter l'accent. C'est sur un autre, sur un provençal beaucoup plus latin, beaucoup plus humain, beaucoup plus secret. (...) Un personnage que je déteste et qui n'existe pas, c'est Tartarin de Tarascon; ça n'existe pas Tartarin de Tarascon ! Tartarin de Tarascon, c'est un livre sur la Provence écrit par un parisien.
Jean Carrière. Jean Giono.
Besançon: La Manufacture, 1991, p.74-75.





La Provence que je décris est une Provence inventée et c'est mon droit. C'est une Provence inventée, c'est un Sud inventé comme a été inventé le Sud de Faulkner. J'ai inventé un pays, je l'ai peuplé de personnages inventés, et j'ai donné à ces personnages inventés des drames inventés, et le pays lui-même est inventé. Tout est inventé. Rien n'est fonction du pays qui est sous mes yeux, et il participe du pays qui est sous mes yeux mais en passant à travers moi.
Jean Carrière. Jean Giono.
Besançon: La Manufacture, 1991, p.77.












A na koniec zagadka: jakie to miasteczko w Prowansji?
I drugie pytanie: jedno ze zdjęć zostało zrobione w innym miejscu: jakim (mam na myśli nazwę miejscowości)?

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Kot, kota, kotu, o kocie

Gwoli jasności.
Skąd tytuł bloga "Dama z knociątkiem"?

Pomijając już oczywiste odwołanie (wyłącznie z nazwy) do słynnego obrazu da Vinci "Dama z łasiczką", pragnę tylko wyjaśnić, o co chodzi z tytułowym knociątkiem.

* Nowa wersja "Damy z łasiczką" znaleziona gdzieś w internecie. ;)

Oddaję więc głos słynnemu pisarzowi:

"To głos mego dziecka! - krzyknęła Biała Królowa i puściła się biegiem, tak gwałtownie potrąciwszy Króla, że aż przewróciła go w popiół. - Ma najdroższa Lili! Moje cesarskie kociątko!" i zaczęła jak szalona wspinać się po kracie kominka.
"Cesarskie knociątko!" burknął Król, rozcierając sobie stłuczony w upadku nos. Miał prawo być trochę zły na Królową, wytarzany w popiele od stóp do głów.

Cytat pochodzi z mojego ulubionego wydania "Alicji w Krainie Czarów" i "Po drugiej stronie Lustra", w tłumaczeniu Roberta Stillera (opublikowanego przez Wydawnictwo Alfa w 1986 roku). 

Z niezrównanymi ilustracjami Dusana Kallaya:


niedziela, 14 sierpnia 2011

Wyczerpać noc do cna


Alors il sentit qu'il ne pouvait pas rentrer comme cela, qu'il fallait tenter encore quelque chose, qu'il fallait épuiser la nuit, et que c'est seulement quand il rentrerait dans le plein jour que la nuit aurait dit non.
(Montherlant, Les célibataires)

sobota, 13 sierpnia 2011

Chcecie? To macie!

O sobie (część I):


Wieczna pesymistka, maruda. Zgryźliwa malkontentka. Świat postrzega w ciemnych i ponurych barwach. Nerwowa, zestresowana, obgryza paznokcie i maniakalnie sprawdza przed wyjściem z domu, czy wylaczyla zelazko i zakrecila wode w lazience. Zdystansowana, a czasami nieśmiała. 

Przejawia chorobliwe zainteresowanie kotami. Duzo czyta. Nie pali, lecz pije (z reguły dobre wino), a chodzi i żyje.  

Emigrantka z wyboru. Eksmieszkanka Alzacji. Swego czasu grasowała w regionie Nord-pas-de-Calais (zwłaszcza w Lille i Valenciennes), a także na Lazurowym Wybrzeżu, w Burgundii i Prowansji. Frankofilka i frankofonka. Miłośniczka francuskiej kultury, literatury, krajobrazow i przystojnych żabojadów - od roku związana z... Anglikiem.


Kobieca, choć włosy nosi krótko, a samych dżinsów ma szafie co najmniej kilkanaście par. Mimo wszystko nie pogardzi wysokim obcasem, szminką i czerwonym lakierem do paznokci.


Łatwo ja zdenerwować - choleryczką jest ponoć po tatusiu. 

Farbowana blondynka o wielkich oczach i dużym biuście (za którym nie przepada). Czasem naiwna, czasem głupiutka, nieco płaczliwa i jakaś taka "rozmemłana". Mimo wszystko daje sobie radę na obczyźnie. Samowystarczalna, niezależna, ponoć inteligentna, choć nieco leniwa. 

Niektórzy twierdzą, że dziwna i uparta jak kozioł. "Cicha woda". Jej dziecięca buzia i srebrzysty glosik zmylily juz wielu. Niejedno bowiem już w zyciu przeskrobala. Kłamie jak najęta. ;-) Jest jak złośliwy chochlik. Tupie nogami i trzaska drzwiami. 
Krzykaczka i histeryczka. 
Uduchowiona i przewrażliwiona. 
Nie przejawia skłonności i zachowań aspolecznych, ale bywa samotna. 

Przeprowadzka po latach

Sześć lat - jak ten wierny pies - na blox.pl.
Kto zapragnie zanurzyć się w mroki historii, tego zapraszam tutaj: Gdzieś na północy Francji, czyli Polka chez les Chti's.

Swego czasu w opisie poprzedniego bloga napisałam: La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, a potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii. Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish'n'chips... 

Francja, choć wciąż bardzo mi bliska, to już przeszłość. Przynajmniej na kilka najbliższych lat. 

Przenosiny z blox-a nie oznaczają jednak, że nie będę już więcej pisywać o Francji. Wprost przeciwnie. Co dopiero wróciłam z Awinionu, gdzie spędziłam ostatni miesiąc, a w maju wybrałam się na tydzień do Bretanii, w okolice Mont-Saint-Michel. 


Jednak moje codzienne i zwyczajne życie toczy się już od prawie dwóch lat po drugiej stronie kanału La Manche (czy może raczej English Channel), na wschodzie Anglii. Pora więc pożegnać    Polkę chez les Chti's. 


Francuzica, za jaką się mam (choć jestem rodowitą Polką), ma odtąd nową, równie ciekawą misję na terytorium wroga. :)