środa, 31 sierpnia 2011

Wpieklona Wścieklicowa

Komputer się zepsuł, pies się pochorował i trafił pod nóż (na szczęście nie rzeźnicki), Pan Obrażalski znów się nabzdyczył, buty się rozkleiły, choć to ich pierwszy sezon, a do tego dzień w dzień, od rana do wieczora trwa rozbudowa linii tramwajowej, w pobliżu której mieszkają moi rodzice. Męczy mnie ten okropny hałas, to stukanie, zgrzytanie, kopanie, wiercenie, spawanie, cięcie, wywożenie gruzu i hałd piasku itp. Ja, dziecko wielkiego miasta, znudzone angielską prowincją, tęsknię za ciszą małego miasteczka, za spacerami po łąkach i spokojną pobudką o poranku. Jestem coraz bardziej rozdrażniona tym wielogodzinnym rumorem dobiegającym z budowy, a z każdą godziną nawet drobny hałas, jak choćby stukot zamykanych drzwi, sprawia, że robię się zła jak osa.

Do tego wszystkiego dręczy mnie myśl o powrocie do Anglii (pojutrze!), a oczami wyobraźni widzę już te kolejki na lotnisku, buraczanych pasażerów i burą, deszczową aurę po drugiej stronie kanału La Manche. Nie chce mi się pakować walizki ani szykować do wyjazdu, bo nie chcę znów tęsknić za rodziną i domowym ciepłem. Nie mam ochoty użerać się z Panem Obrażalskim (choć pewnie przez tydzień będzie cacy i lovely) ani zaczynać nowej pracy, ani też rozmawiać po angielsku i udawać, że jestem niesamowicie szczęśliwa. 

Wylazła dzisiaj ze mnie zrzęda i maruda, więc najchętniej zawołałabym jak Dulski: "A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!" Nie mogę jednak tego zrobić, bo tak naprawdę nikt ode mnie niczego nie chce, do niczego nie przymusza i za rączkę nie prowadzi. "Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu", jak mawiają Anglicy. W Anglii tęskniłam za Francją. We Francji marzyłam o Polsce. A w Polsce... najchętniej bym została, zamiast włóczyć się po świecie. Zapewne jednak po miesiącu zatęskniłabym za innym miejscem. I tak dalej, i tak dalej...

Poza tym dziś rano zawiozłam do PCK wyprane, poskładane i ciągle nadające się do noszenia ubrania. Żadne tam szmaty do podłogi. A tam? Obrażony personel, który najwidoczniej wyrządził mi ogromną przysługę, przyjmując ode mnie rzeczy popakowane w kartony. "A po co to tak powiązane sznurkiem?", nadęła się pani z PCK i w tym momencie pożałowałam, że nie miałam czasu, aby znaleźć instytucję, która faktycznie urządza zbiórki odzieży i nie kręci nosem na ewentualnych darczyńców. W Anglii mam przynajmniej charity shops w każdym niemal miasteczku, tu w Poznaniu ubrania mogę wyrzucić jedynie na śmietnik. W takich warunkach trudno jest być matką miłosierdzia.

To wszystko zusammen do kupy wzięte sprawia, że jestem dzisiaj chodzącym narzekaniem w ludzkiej skórze. Ponurym wcieleniem malkontenctwa. Patronką niezadowolonych ze wszystkiego frustratów.

5 komentarzy :

  1. Ja też wiedziałam, że będzie mi brakowało na obczyźnie Krakowa i rodziny, przyjaciół pod ręką. Dlatego długo żyłam w rozkroku między Polską a Paryżem, aż w końcu to się stało nieznośne dla mnie. Teraz, jak mnie dopada nostalgia, to sobie przypominam najgorsze momenty tego życia w zawieszeniu i jednak oddycham z ulgą, że jestem tu gdzie jestem.

    A Twoja historia z PCK faktycznie nie zachęca do dobroczynności!

    OdpowiedzUsuń
  2. No to jestes dzisiaj moja Patronka.

    Oby jutro bylo lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czasem trzeba ponarzekac ;) boje sie osob wiecznie zadowolonych ze wszystkiego, mam wtedy wrazenie ze sa jak chodzaca bomba, kiedys musza wybuchnac, a wtedy ratuj sie kto moze!

    Ja od zawsze uwazalam sie za dziecko-niczyje. Gdzie pojechalam tam mi dobrze bylo. Od paru dni jestem w Polsce i jednak za Francja tesknie... czyzbym wreszcie znalazla moje miejsce? W sumie to nie wiem za czym tesknie bo ani tam domu nie mam teraz, ani pracy, moje zycie rozsypalo sie na kawalki, rodzina namawia mnie na przyjazd do Polski i rozpoczecie wszystkiego od nowa. Chce rozpoczac wszystko od nowa, ale we Francji. Chyba to ludzie tak mnie tam ciagna... ja z kolei jestem dzis patronka melancholikow ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam to szczęście, że bardzo szybko po przeprowadzce do Anglii wiedziałam, że to moje miejsce, mój dom, że tu przynależę. Wcześniej mieszkałam w Polsce (gdzie przez 22 lata czułam się nie u siebie), rok w Sydney (wiedziałam, że to tylko na okres studiów) i Berlinie (podobnie). Sześć miesięcy w Paryżu było ciekawą przygodą, przerwą w życiu londyńskim, ale jak nastała perspektywa, że możemy w Paryżu musieć zostać na 3 lata, ryczałam całą noc. Lubię Paryż na krótko, ale życie tam, codzienność, było dla mnie męczące z wielu względów. Dla mnie Francja jest niczym bardzo egzotyczne zwierzątko - oglądam je z zainteresowaniem, ale nie rozumiem nic (nie chodzi mi tu o język, a sposób myślenia, mentalność, zachowanie, kultura). Powrót do Londynu był jak powrót w ramiona ukochanej mamy, za którą się bardzo tęskniło (ba, każdy powrót z wakacji tak samo odczuwam). Przed nami perspektywa kilkuletniej przygody w Azji, gdzie wiem, że będę za Londynem tęskniła. Dobrze mieć dom, do którego się wraca, ale dobrze też prowadzić życie nomada, przynajmniej ja to lubię. Podróżując, zwiększa się szansa, że tych domów znajdzie się kilka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No tak, takie rozterki moga zrozumiec tylko ludzie, ktorzy mieszkają lub mieszkali dłuższy czas w kraju innym niz ich wlasny. Pamietam jak pewien staruszek przypominajacy skrzata pokazał mi swoje winnice i powiedzial, ze to jest najpiekniejsze miejsce na ziemi.
    On, ktory nigdy nie wyjezdzal poza granice swego regionu, byl pewien tego, co mówi.

    Bylam tam z osoba, ktora zjezdzila kawal swiata, wiec pare minut pozniej zadalam jej pytanie jakie miejsce na ziemi jest dla niej najpiekniejsze?
    Zastanowiła sie, wymieniła jedno, ale zaraz za moment zamieniła na inne, zeby po chwili powiedziec, ze nie umie wymienic jednego, a staruszek nie mial zadnych watpliwości....

    OdpowiedzUsuń